Otwieram szafy, szuflady, zaglądam do wszystkich zakamarków. Dotykam grzbietów książek i zeszytów, zaglądam do piórników, kartoników, kubeczków. Przeglądam kartki, papiery, testy, kartkówki. Rozkładam kartony, wielkie pudła, składam je w niekształtne prostopadłościany.
Nigdy nie lubiłam się pakować.
Zaczynam od tego co najważniejsze, czyli od książek, układam je według rozmiarów i zapotrzebowania na nie przez wakacje.
Już dawno powinnam pozbyć się przynajmniej połowy, lecz jak co roku, wkładam je na dno kartonów, by poczekały na mnie jeszcze kilka, kilkanaście miesięcy.
Co potem?
Później jakieś szpargały, zeszyty, ubrania, długopisy, skradzione ołówki, buty, pierścionki, torebki, zimowa kurtka, bloki, rysunki i inne głupoty. Nie wiem, skąd na Świecie biorą się te rzeczy. Przecież to niemożliwe, bym do jednego pokoju, w ciągu 5 miesięcy, przywiozła 4 kartony, walizkę, plecak i liczne pudełka moich rzeczy.
Nie, to zdecydownie nie mieści się w głowie, jak i w tych wszystkich składzikach.
Zamykam drzwi od bagażnika i wyruszam.
Znowu zatrzasnęłam za sobą kolejne drzwi, choć okien nawet nie domknęłam.
Znowu wydaje mi się, że coś kończę, choć w rzeczywistości to nadal trwa.
Nadal jestem otoczona walizkami, wszystkimi kolorowymi szpargałami, domowym zapachem, ale to znowu trwa chwilę.
Bo przecież mnie wiecznie nie ma, wciąż gdzieś biegam, gdzieś znikam, gdzieś latam. To tu, to tam.
Kiedyś nawet próbowano siłą posadzić mnie na krześle, bym choć przez chwilę wygrzała jedno miejsce. Ale przecież tak się nie da.
Jest tyle rzeczy do zrobienia na tym Świecie, tyle obłoków do zobaczenia, tylko liści do policzenia, tyle twarzy do poznania i tyle kolorów do zapamiętania.
W życiu nie ma czasu na odpoczynek, nawet jeśli spędzisz dłuższą chwilę w łóżku.
Tagi: a few magic words.
skomentuj (2)