Dziś rano podwinęła mi się noga. Zapukałam dwa razy do drzwi.
Cisza.
Zapukałam trzeci raz. Czułam czyjąś obecność po drugiej stronie dębowego portalu.
Milczenie.
Nie
czekałam dłużej na znak, dotknęłam twardej, złotej klamki. Nie chciałam
tego, jednak ona sama się poruszyła, a coś popchnęło mnie do środka.
Wnętrze.
Ciemność,
spokój, ciche tykanie zegara. Już północ. Nie chciałam myśleć o czasie,
miał zatrzymać się wtedy w miejscu, miał być moim przyjacielem. Poraz
kolejny okazał się wrogiem.
Czarne, zimne kafle zapraszały mnie do środka. Weszłam. W oddali dostrzegłam delikatne światło. Bałam się podejść bliżej.
Strach.
Kolejny
raz, wbrew sobie, kilka kroków do przodu. Oddech, czułam Go. Nie
chciałam sie odwrócić. Szłam dalej, wpatrzona w magiczną poświatę. Nie
chciałam myśleć, chciałam czuć.
Serce.
Waliło, a ja? Otaczałam je
murami, skałami, bramami, kłódkami, zamykałam na tysiące zamków. Miało
nie bić, miało siedzieć cicho i czekać.
Miało czekać na nadejście niczego, które zjawiło się szybciej niż oboje tego chcieliśmy.
Tagi: a few magic words.
skomentuj (0)